Jak to często bywa zupełnie przypadkiem wymyśliłam wczoraj jedne z lepszych ciasteczek jakie do tej pory jadłam. Miałam w lodówce twaróg z jednodniowym terminem ważności, więc chciałam go wykorzystać i przypomniało mi się o klasycznym przepisie: mąka + margaryna + twaróg. Oczywiście trochę go ulepszyłam żeby nie było nudno i takie oto ślimaczki mi wyszły:
Ciastka wyglądają na twarde, ale w rzeczywistości są miękkie, puszyste i wilgotne. Nie przesłodzone, pachnące słonecznikiem, po prostu pyszne:)
Składniki:
250 gramów mąki
250 gramów margaryny
250 gramów twarogu półtłustego
0,5 szklanki cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
odrobina ekstraktu waniliowego
4 łyżki cukru trzcinowego
4 garście mocno uprażonego słonecznika
Wykonanie:
Mąkę, margarynę, twaróg, cukier, proszek do pieczenia i ekstrakt waniliowy zagniotłam rękoma i uformowałam kulę. Podzieliłam ją na dwie części i włożyłam na jakieś pół godziny do lodówki.
Jedną część ciasta rozwałkowałam niezbyt cienko na blacie posypanym mąką. Ciasto posypałam równomiernie dwoma garściami słonecznika i dwoma łyżkami trzcinowego cukru. Wałkiem przejechałam też po słoneczniku, żeby go lekko wgnieść w ciasto i całość zawinęłam w ciasny rulon, który następnie pokroiłam ostrym nożem na około centymetrowe plasterki.
Ciastka układałam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, piekłam ok. pół godziny w temperaturze 200 stopni, ale zaznaczam, że mój piekarnik piecze wyjątkowo wolno.
Gdy ciasteczka się studziły upiekłam drugą partię z ciasta, które czekało w lodówce. W sumie wyszło ponad 40 sztuk wcale niemałych ślimaczków.
Z tego rodzaju ciasta polecam także:
Imprezowa tania przekąska
Pełnoziarniste ciasteczka z rabarbarem
Na koniec jak zwykle pokaże moją pracę decoupage. Trzecia i jak dotąd najlepsza: